Kresy nasze Kresy

Serwis informacyjny o kresach wschodnich

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wspomnienia z tamtych dni wracają do niej jak bumerang..

Helena Pietrzycka (z domu Borowa) urodziła się 25.12.1926 r. w Cieleszach (gmina Prozoroki, woj. wileńskie). Wraz z młodszą siostrą Ireną, jej rodzicami - Taisą i Janem oraz ciotką, zamieszkali na 66-hektarowym gospodarstwie w Cieleszach. Przeprowadzili meliorację, wybudowali dom oraz zabudowania gospodarcze. Zajmowali się hodowlą bydła, a także uprawianiem specjalnego gatunku lnu długowłóknistego na obszarach torfowych.

W 1939 r. po ukończeniu sześciu klasach w szkole powszechnej w Prozorokach, zdała egzamin do pierwszej klasy prywatnego gimnazjum w Głębokiem. Mieszkała w wynajętej kwaterze i tak aż do dnia 17 września 1939 r., kiedy to Armia Czerwona wkroczyła do Polski na Kresy Wschodnie.

W październiku 1939 r. NKWD aresztowało jej ojca pod zarzutem szpiegostwa. Został osadzony w więzieniu w Berezweczu. Wyrok brzmiał: 8 lat pozbawienia wolności i przymusowa wywózka do gułagu, w Uśc-Uchtie.

Helena kontynuowała naukę. W gimnazjum zamiast języka polskiego uczyła się rosyjskiego i białoruskiego, ale przedmioty tj. geografia czy biologia, były prowadzone po polsku. 13 kwietnia 1940 r. zaczął się zwyczajnie, Lola udała się do szkoły. Jednak na drugiej lekcji wydarzyło się coś nietypowego: do drzwi zapukał dyrektor, wszedł do klasy, zamienił słowo z profesorką i wyszedł. Po jego wyjściu nauczycielka z konsternacją powiedziała: "Helena Borówna, spakuj swoje rzeczy. Jesteś proszona do kancelarii". Dziewczynka spakowała się. Przed wyjściem nauczycielka pogłaskała ją po głowie na pożegnanie.

W kancelarii siedział umundurowany NKWD-zista wraz z dyrektorem. Powiedział, iż zabiera ją ze szkoły. Dziewczynka była przerażona, zdawała sobie sprawę z groźnej sytuacji - wiedziała już o tym, że prowadzone są represje, czasem ktoś nie przychodził do szkoły, był zabierany, a przede wszystkim, że jej ojciec znalazł się w więzieniu. Rodzina nie miała od niego przez dłuższy czas żadnych wiadomości, krążyły wieści o rozstrzeliwaniu i mordowaniu skazanych. "A co, jeśli ja też tam trafię?" - pomyślała. Próbowała nie wybuchnąć płaczem, miała mętlik w głowie. Zwróciła się do dyrektora z pytaniem: "Panie dyrektorze, a co ja złego zrobiłam?". Oczekiwała słów, które tłumaczyłyby sytuację, w której się znalazła. Nikt jednak nie odpowiedział jej na to pytanie. NKWD-zista oznajmił - pojdziosz so mnoj!. Zaprowadził ją na stancję, gdzie mieszkała. Ludzie na ulicy patrzyli się ze zdziwieniem na żołnierza prowadzącego zapłakane dziecko. "Boże, oni na pewno pomyślą, że ja jestem jakąś złodziejka, albo zrobiłam coś bardzo złego" - pomyśała. Starała się nie płakać, ale mimo to łkała cichutko. NKWD-zista był jednak wrażliwym człowiekiem, poklepał ją po ramieniu i powiedział: Ty nie płacz i pojdiom na kwartiru po wieszczy i jedu. Nada wsio wziat. (Nie płacz, pójdziemy na stancję po rzeczy, tylko weź wszystkie). Tak też uczynił. Pozwolił zapakować wszystkie rzeczy oprócz kilku książek. Ukradkiem udało jej się jednak spakować mały tomik poezji Marii Konopnickiej, którą wówczas uwielbiała. Żołnierz wysłał gospodynię do sklepu, aby kupiła dwa bochenki chleba, ćwiartkę masła i kawałek kiełbasy na drogę. Następnie dowiózł dziewczynkę na stację Królewszczyzna, gdzie stał już cały skład pociągów z zakratowanymi oknami. Było w nich pełno ludzi. W czterdziestym wagonie znalazła swoją siostrę i matkę. W nocy wagony ruszyły. Od tej pory rozpoczęła się druga wywózka Polaków na Sybir.

Spotkanie z najbliższymi było wielką radością i przeżyciem. Choć na chwilę udało im się zapomnieć o okolicznościach, w których się znalazły. Wagon towarowy, nazywany Małym, był zamykany i ryglowany od zewnątrz. W dużych wagonach znajdowało się nawet do 60 osób. Wewnątrz, po obu stronach, umocowane były prycze z desek, na których umieszczano całe rodziny. Borowie ulokowali się na górnej wraz z czteroosobową rodziną pani Gołębiewskiej. Na dole mieściły się dwie rodziny, naprzeciwko sytuacja była podobna. Łącznie w wagonie przebywało ok. 28-30 osób. Pośrodku znajdował się ich dobytek. Nie wszystkim pozwolono zabrać rzeczy, dlatego brakowało takich przedmiotów jak koce i kołdry, a także wszelakich naczyń czy sztućców. Dzieci płakały, było im zimno i domagały się jedzenia. Matki z trudem uspakajały je.

Otwór w kącie wagonu służył za wc. Korzystanie z niego było bardzo przykrym przeżyciem dla wszystkich, zważywszy na niedyspozycje żołądkowe, spowodowane niewłaściwym odżywianiem. Transporty obstawione były po obu stronach przez pilnujących żołnierzy. W środku długiego transportu znajdował się wagon przeznaczony dla komendanta i wojskowych. Ludzie ci nie byli rozmowni, nie chcieli udzielić żadnych informacji dotyczących podróży.

Tej nocy kwietniowy, zimny wiatr wiał przez szpary wagonu. Ludzie nie spali, leżeli okryci kocami i kołdrami. Płakali. Helenka spoglądając przez mały otwór na zewnątrz, zbierała myśli, układając je w rymy: "Oto w cieniu nocy rzucam gdzieś moje... Porozrzucam wszystko, jadę w świat daleki.. Żegnam was piękne brzózki i piękne pola i rzeki". Nagle zazgrzytały hamulce i pociąg zatrzymał się na ostatniej polskiej stacji - Zahacie. Słychać było jeszcze polską mowę, nawoływania i poszukiwania krewnych. Żołnierze odpędzali ludzi z peronu. Po kilku minutach transport ruszył dalej. Na drugi dzień zatrzymał się na stacji towarowej już w Związku Radzieckim. Otworzono drzwi. Żołnierz wezwał dwie osoby po wiadro z wrzącą wodą. Helenka bez wahania zgłosiła się na ochotnika. Później przydzielono jej na stałe tę funkcję. "Boże! Jak chciało się pić!" - wspomina.

Dalsza podróż prowadziła przez miasta: Smoleńsk, Witebsk, Kaługa, Tuła, Penza, Kujbyszew, Ufa, Złatoust aż do Uralu. Po kilku dniach podróży, zatrzymując się w większych miastach, raz dziennie dostarczano wiadro z zupą, później nawet do 3 bochenków chleba na 24 osoby. Przed Uralem (Ufa lub Kujbyszew) po raz pierwszy można było umyć się. Zaprowadzono wszystkich do łaźni, gdzie dokonano odwszawienia - dezynfekcji odzieży. Zapasy żywnościowe zabrane w podróż kończyły się, otrzymywano zupy wodniste, mało pożywne. Domagano się większych racji żywnościowych, jednak nikt nie reagował na te żadania. Dzieci do lat 12 dodatkowo otrzymywały po cztery herbatniki dziennie. Wiele z nich umierało w trakcie podróży. Żołnierze zostawiali ciała przeważnie gdzieś na stacjach, nikt nie wiedział gdzie konkretnie. Kiedy kobiety dowiadywały się o śmierci któregoś z dzieci, śpiewały nabożne piosenki i pieśni pogrzebowe. Wtedy przez cały pociąg słychać było jęczące pieśni. NKWD-ziści, bardzo zdenerwowani tym śpiewem, uderzali pięściami w drzwi, krzycząc do nich: uspokojet' sia!

13 kwietnia skład towarowy wyruszył, a 28 kwietnia dotarł do Pawłodaru. Helenka przez cały czas wyglądała przez zakratowane okno, podziwiając stepy, góry, biegające kozice. Nieustannie żegnała się z krajem, recytując Konopnicką? Końcowa stacja (Pawłodar) znajdowała się nad Irtyszem. Tam wyładowano wszystkich z pociągu i załadowano w samochody ciężarowe. Następnie umieszczono ich na dwóch dużych, towarowych barkach. Było na nich bardzo ciasno. Płynęły dwa dni w górę rzeki, aż do Siemijarska. Była to większa wieś, z siedzibą władz powiatowych. Już na miejscu wyładowano wszystkich na brzegu. Naczelnik partii ogłosił przez megafon, że poszukuje: lekarzy, pielęgniarki, księgowych, fryzjerów, krawców, pracowników do łaźni, sprzątaczki, gońców, pracowników kołchozu.

Taisa Borowa przed wojną była społecznicą, wspólnie z nauczycielami wiejskimi dużo czasu i pracy poświęcała szerzeniu życia kulturalnego na wsi. Zorganizowała Koło Gospodyń Wiejskich jak również kółko recytatorskie, w którym wystawiano sztuki teatralne. Pracowała w spółdzielni "Społem", gdzie należała do komisji rewizyjnej i trochę znała się na księgowości. Zgłosiła się do pracy, aby już nie jechać dalej w nieznane. W Siemijarsku zostało ok. 28-30 rodzin, które wybrano zgodnie z zapotrzebowaniem na profesje. Reszta trafiła do odległych kołchozów.

Siemijarsk był położony na wysokim brzegu rzeki Irtysz, otoczony jarami i stepem. Na wiosnę (kiedy lody pękały) naokoło były otoczone wodą. Mieszkała tam przede wszystkim ludność rosyjska, głównie różni zesłańcy reżimu stalinowskiego oraz ludność kazachska. W mieście znajdowała się siedziba rejonu (powiatu), a co za tym idzie cała administracja urzędów rejonowych tj.: poczta, przychodnia i szpital (na trzy łóżka), bank, inspektorat RKU, komitet partii, milicja, NKWD, dwie średnie szkoły - rosyjska i kazachska, młyn, elewator, dyrekcja dwóch kołchozów, urząd powiatowy i dostaw obowiązkowych, łaźnia miejska, administracja i służba gospodarki komunalnej, jeden sklep, piekarnia, salon fryzjerski i krawiectwo.

Rodzina Borów wraz z Michaliną Lachmanową (nauczycielka z zawodu, koleżanka Taisy Borowej) zamieszkała u rodziny kazachskiej. Wynajęli jeden pokoik bez podłogi w ziemiance. Łącznie znajdowało się tam sześć osób. Każda spała przy osobnej ścianie. Brakowało pościeli, Borowie spali na starej macie Kazaszki, przykryci jedną kołdrą. Tak rozpoczęło się ciężkie zesłańcze życie w Kazachstanie.

Lato było bezdeszczowe i upalne. Już pod wieczór nad rozlewiskiem Irtysza gromadziły się niezliczone ilości malarycznych komarów i małych jadowitych meszek, które bardzo kąsały. Bez moskitierów nie można było wytrzymać. Trzeba było rozpalać ogniska, aby obronić się przed owadami, a także, żeby coś ugotować. Niestety często nie było nawet czym rozpalić ogniska. Zbierano zeschnięte badyle z traw i krzewów dzikiego głogu, który rósł nad brzegiem i zalewiskiem Irtysza oraz wysuszone krowie odchody (kiziaki), których zdobycie nie było takie proste.. Każdy właściciel krowy strzegł tych odchodów. Suszono je na opał na zimę. Zimy ciągnęły się od połowy października do końca marca, a więc trzeba było zebrać ich dużo. W Siemijarsku nie było elektryczności ani węgla kamiennego. Lasów w bezkresnym, wyschniętym stepie również. Największymi problemami było zdobycie pożywienia i opału.

Pod koniec pierwszego lata dwie osoby zachorowały na malarię, która wyjątkowo ciężko atakowała Polaków. Profilaktycznie łykano chininę. Helena wraz ze swoją młodszą siostrą chodziła na step i zbierała szczaw oraz łuk (szczypiorek), które suszyły na zimę. W upalne dni młodzież i starsi ochładzali się i kąpali w rzece. Z tego samego źródła pobierana była również woda pitna. W Siemijarsku nie było żadnej studni.

Ten, kto nie pracował, nie dostawał ani jedzenia ani pieniędzy, dlatego Helenka zgłosiła się do pracy jako goniec. Przez całe lato aż do jesieni nosiła depesze. Zarabiała 60 rubli. Wszyscy Polacy powyżej 14 roku życia mieli obowiązek zgłaszać się osobiście dwa razy w tygodniu w wyznaczonym dniu do NKWD, gdzie sprawdzano listę obecności. Był to zabieg, który utrudniał ewentualną ucieczkę. Statki pasażerskie kursowały latem między Pawłodarem, a Semipałatyńskiem. Zatrzymywały się w Siemijarsku. Przywoziły również pocztę. Pod koniec lata zaczęły się problemy z kupnem chleba i mąki. Było to spowodowane brakiem opadów i silnym słońcem. Kołchozy nie wywiązywały się z dostawy państwowej, pracownicy drugi rok z rzędu nie otrzymywali zapłaty w naturze. Ostatecznie zamknięto młyn i piekarnię, a po kołchozowe zboże przypłynęły holowniki z barkami. Wówczas 14-letnią Helenkę przekazano z poczty do ładowania zboża. Z wysokiego brzegu po trapie, chwiejąc się pod ciężarem, nosiła na plecach wór ziarna. Miała lęk wysokości, więc było to tym bardziej trudne zajęcie. Prosiła Boga, aby tylko nie runąć w dół. Były także plusy tej ponad siły pracy. Udawało się przynieść do domu jakieś zawieruszone w obuwiu, kieszeniach albo staniku ziarenka. W czasie pracy również można było podjeść co nie co.

Pojawił się problem z kupnem jedzenia. Za zarobione pieniądze nie można było za bardzo co kupić. Kołchoźnicy prowadzili handel wymienny, więc aby zakupić cokolwiek, trzeba było dać jakąś rzecz w zamian. Polacy, którzy przyjechali z większymi bagażami jakoś dawali sobie radę, jednak ci, którzy nie mieli prawie nic, głodowali. Ludziom brakowało witamin, pojawiły się choroby.

Taisa rozpoczęła pracę w Zagodzierno, gdzie otrzymywała miesięcznie 8 kg pszenicy (zamiast kartek na chleb), którą trzeba było zemleć na żarnach. W sklepie nie było żywności, na targu dominował tylko handel wymienny. Rodzinie udało się zakupić jeszcze w sklepie żelazne łóżko z dwiema deskami zamiast materaca. Oprócz tego wraz z Michaliną Lachmanową, broniąc się przed nachodzącym głodem, wymieniły nowy garnitur i trzy koszule męża Michaliny na dojną krowę - "Mańkę". "Mańka" była bardzo mądrym zwierzęciem, przez całą zimę żywiła się sama. Ukradkiem wyjadała siano z kołchozowych stogów, a potem sprytnie uciekała. Potrafiła obronić się także przed wilkami, których były niezliczone ilości. Kołchozowe stogi w połowie zimy zniknęły i pojawił się problem - zabić krowę czy zdobyć dla niej siano? Matka i siostra dziewczynki były skłonne do tej pierwszej wersji, natomiast Helence udało się wypłakać życie "Mańki". Wypożyczyły konia i sanie, zaopatrzyły się w łuczywa, zapałki oraz kożuchy i z rana wyruszyły po siano do odległej o 38 km wioski. Droga nie była lekka. Siarczysty mróz nie pozwalał leniuchować w saniach, trzeba było rozgrzewać się biegnąc obok. Niestety w trakcie drogi złamał się dyszel. Kobiety płakały i modliły się, były bezradne. Do aułu pani Gołębiowskiej, gdzie mieszkał również pan Feliks z matką i siostrą (znajomi z wagonu), dzieliło ich 8 km i sześć godzin powrotnej jazdy do domu. Słońce chyliło się ku zachodowi. Taisa sama na oklep wyruszyła do odległej wioski z prośbą o pomoc. Helenka siedziała sama, zagrzebana w stogu siana. Wokół rozlegało się wycie wilków. Dziewczynka była bardzo strachliwa, bała się różnych straszydeł, duchów, straszne myśli kłębiły się po jej głowie. Po kilku godzinach usłyszała: "Lolu, Lolu! Nie bój się! Już jedziemy". Pan Feliks udał się wraz z nimi w drogę powrotną. "Gdybyśmy wiedziały ile tam czyha wilków, na pewno nie zdecydowałybyśmy się na tę podróż same" - wspomina.

Jesienią Kazaszka wymówiła im mieszkanie. Chciała zapłaty w towarze, którego nie miały. Zostały na bruku. Po usilnych staraniach zamieszkały w małej, starej ruskiej łaźni, którą wynajęły na rok za jeden litr mleka dziennie latem, a 0,5 litra zimą. Była to sień z klepiskiem i drewnianym pomieszczenie z takąż podłogą, z wmurowanym kotłem na wodę oraz paleniskiem. Mieściło się tam tylko łóżko i wiklinowy kosz, który również spełniał rolę stołu. Na jednej ścianie znajdowało się maleńkie, ciągle zamarznięte okno. Gdy wchodziło się do tejże łaźni, zdawało się, że to lodowy pałac - ściany były pokryte szronem (lub wodą, jeśli napalono w palenisku). Spało się tam bardzo nieprzyjemnie na jednym łóżku (kupionym przed kryzysem w sklepach), pod jedną kołdrą, "na waleta". Nie było pod nim materaca, tylko suche deski, na których nałożone były papiery, aby było cieplej. Było bardzo zimno, nawet, jeśli spało się w ubraniach.

Zbliżało się święto narodowe - rocznica Rewolucji Październikowej. Rzeka zamarzła, step zasypały śnieżne zamiecie. Pracownicy w zakładach otrzymywali świąteczny przydział: pół litra wódki, dwie płytki prasowanej herbaty (kirpicznego czaju), kostkę zwykłego mydła i pół kilograma landrynek dla dzieci (do 12 roku życia). Matka Helenki wymieniła alkohol na 3 kg prosa, za kirpiczny czaj Kazaszki dały po pół litra topionego masła. Kazachowie byli bardzo uzależnieni od picia czaju. Bas bolit, bas bolit (boli głowa) narzekali, gdy brakowało herbaty. Wymienione produkty musiały wystarczyć do Nowego Roku, kiedy otrzymywano nowy przydział. Święto pierwszomajowe uczczono także przydziałem produktów spożywczych. Kazaszki i ludzie niepracujący, całymi dniami stali w długich kolejkach, czekając pod sklepem po zakupy.

Nadchodziła chłodna zima. Ziemniaków, marchewki czy kapusty nie można było zdobyć, ponieważ słabo rosły na piaskach stepowych, które szybko wysychały. Rodzina gotowała raz dziennie na palenisku pod kotłem zieloną zupę - lurę. Była to zupa na wodzie z suszonego szczawiu, łuku lub dyni (wraz z arbuzem wyjątkowo rosła), okraszoną kilkoma łyżkami mąki i mleka. Na blasze pieczono lepioszki z mąki z dodatkiem wszystkiego, co nadawało się do zjedzenia. Helenka napisała wówczas list do cioci, która mieszkała w Cieleszach. W tym czasie listy należało pisać po rosyjsku, aby uniknąć kłopotów, a także niedostarczenia. Były również cenzurowane. W zaszyfrowanym liście napisała, iż jej rodzinę odwiedził Klima (wiedząc, że był biedakiem i brakowało mu chleba). Ciotka właściwie odczytała list i przysłała dwie paczki po siedem kilogramów mąki i sucharów. Paczki po miesiącu dotarły do Pawłodaru, który był oddalony o przeszło 240 km. W styczniu pocztę z Pawłodaru dostarczano samolotem, ale po odbiór paczek odbiorca musiał zgłosić się osobiście. NKWD pozwoliło Taisie polecieć samolotem po odbiór paczki. Samolot wylądował w mroźny dzień, na odpowiednio ubitym śniegu i natychmiast wystartował z mamą Helenki. Niestety jej powrót nie obył się bez komplikacji. Przez cały tydzień szalał buran (śnieżyca), która uniemożliwiała lot samolotu. Lot okazał się możliwy dopiero po 10 dniach, jednak paczka z sucharami dotarła do samotnych dziewczynek wcześniej. "Irenkę to aż rozbolał brzuch, tak się najadła" - wspomina.

Pierwsza Wigilia na zesłaniu była niezapomniana. Mama Helenki w ciężkim stanie znalazła się w szpitalu - zachorowała na malarię. Wizyta w szpitalu przeciągnęła się do późnego wieczora. Siostry siedziały przy rozgorączkowanej, trzęsącej się, o żółtej cerze mamie. Podzieliły się kawałkiem szpitalnego chleba jako opłatkiem, złożyły życzenia, ucałowały matkę i ze łzami cichutko zanuciły kolędę "Wśród nocnej ciszy". Schorowana matka rzekła: "Lolu, gdyby coś się ze mną stało, zaopiekuj się Irenką, ty jesteś dużą, dzielną dziewczynką, jutro skończysz 14 lat. Teraz już idźcie do domu, jest już późno, a na dworze zamieć". Dziewczynki pożegnały się i wyszły przygnębione. Przechodząc obok ogrodzenia z drewnianych belek wokół wojenkomatu (RKU), Helenka wpadła na pomysł, aby wydobyć dwa nieduże, nie umocowane belki na opał. Poczuła się dorosła i odpowiedzialna za siostrę. Wytłumaczyła jej, że oni zabrali im wszystko, dlatego zabiera im dwie belki na opał. Późna noc i zamieć zatarły ślady. W domu przez całą noc przy pomocy noża łupały belkę na kawałeczki, innych przyrządów nie posiadały. Drugą belkę schowały do łóżka pod kołdrę, aby nikt o niej nie wiedział i żeby została na później. Po dwóch dniach wróciła ich mama. Życie z powrotem toczyło się jak dawniej. W grudniu Helenka została zwolniona z pracy. Rozpoczęła naukę w 7. klasie sowieckiej szkoły średniej. Mówiła niepoprawnie po rosyjsku, przez co wywoływała śmiech klasy. W czasie pierwszego półrocza była zobowiązana do uzupełnienia wiadomości i zdania egzaminu z języka rosyjskiego i kazachskiego za okres poprzednich dwóch lat. Jej odpowiedzi, a także oceny były coraz lepsze. Była bardzo ambitną uczennicą, starała się uczyć, choć miała bardzo mało czasu. Była obarczona codziennymi obowiązkami, musiała opiekować się siostrą, przynieść wodę (co było bardzo trudne, zważywszy na zamarznięte obrzeża rzeki), ugotować coś do jedzenia. Nie posiadała zeszytów ani książek, przez co jej nauka była utrudniona. Helenka nie chciała być gorsza. Uczyła się wierszy na pamięć i zawsze zgłaszała się do ich recytacji. Dostawała za nie dobre oceny. Udało jej się również zdobyć najlepszą ocenę w klasie za napisanie pracy o Puszkinie, co podniosło ją na duchu i zachęcało do dalszego poszerzania wiedzy. Do dziś także pamięta także wiersz Dżambuła Dżabajewa, kazachskiego poety, pt. Turksib. Posłuchaj!

Mimo nauki nigdy nie nauczyła się biegle mówić po kazachsku, choć dużo rozumiała.

22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Armia niemiecka szybko posuwała się naprzód. W lipcu po układzie Sikorski-Majski nastąpiło pewne ocieplenie. Nie trzeba było już meldować się w NKWD, była większa swoboda, pozwalano przesiedlać się do innych miejscowości i wyjeżdżać na przepustkę do miast. Rodzina otrzymała list od cioci z Barnaułu, dokąd zesłano ją wraz z rodziną w ostatniej masowej wywózce 20-21 czerwca 1941 r., w dzień wybuchu wojny. Lola postanowiła ją odwiedzić. Otrzymała bez problemu przepustkę, najpierw przez dwa dni płynęła statkiem do Siemipałatyńska, dalej pociągiem linii Turksib, ze stolicy Turkmenii do Nowosybirska, przez Semipałatyńsk do Barnaułu. Kupno biletu w Semipałatyńsku graniczyło z cudem. Ludzie ustawiali się w długich kolejkach i czekali godzinami na bilet. Ktoś z tłumu widząc bezradną, samotną dziewczynkę, wywalczył bilet również dla niej.

Klaudię Borową (tak nazywała się jej ciotka) wraz z Lilą i babcią Stefnią Krywieńko odnalazła w długim, drewnianym baraku w Barnaule. Ich prycza miała wymiary 2,5 x 2,5 m.

Ich opowieściom nie było końca. Jednakże po kilku dniach pobytu, Lola zachorowała na szkarlatynę. Przewieziono ją do szpitala miejskiego, gdzie spędziła sześć tygodni. W drodze powrotnej do domu, dziewczynce towarzyszyła jej babcia, która bała się wypuścić wnuczkę samą. Statki pasażerskie z Semipałatyńska przestały kursować, Irtysz płynąc stopniowo zaczął pokrywał się krą. Lola wraz z babcią wypłakały miejsce na ostatnim holowniku wiozącym towar do magazynów w Majsku. Znajdował się on na przeciwległym brzegu rzeki, o 15 km od Siemijarska. Przeprawa przez rzekę była bardzo ryzykowna. Na szczęście spotkały Kazachów, którzy w zamian za sweter babci podjęli się przeprawy łodzią. Kry uderzały w płynącą łódź, fale zalewały łódź. Kobiety czerpakami wylewały wodę, modląc się o szczęśliwą przeprrawę. W końcu, przemarznięte i mokre, znalazły się na brzegu, a po trzech godzinach w domu. W ciągu trzech kolejnych dni, Irtysz całkowicie stanął skuty lodem. Lola znowu zachorowała, lekarz stwierdził przeziębienie i powikłania po szkarlatynie oraz wodę w boku. Dostawała chininę, aspiryną lekarz robił jej okłady ze spirytusu. Nie było możliwości użycia innych leków. Po dwumiesięcznej kuracji wyzdrowiała.

6 grudnia 1941 r. Jan Borowy przybył do swojej rodziny. Został zwolniony z łagru na mocy układu Sikorski-Majski w październiku. Dwa miesiące zajęła mu podróż pociągiem z Kotłasu do Pawłodaru. Stamtąd już nie było żadnego transportu, dlatego był zmuszony pokonać tę drogę pieszo. Trwała ona pięć długich dni.

Druga wigilia na zesłaniu była bardziej radosna. Nareszcie cała rodzina zebrała się w komplecie. W ciągu kilku dni zmienili mieszkanie na większe z płytą kuchenną. Ojciec, choć bardzo wyczerpany, starał się zapewnić opał w domu, dbał także o krowę. Na Nowy Rok rodzina dodatkowo otrzymała 4 kg kaszy jaglanej. Jan Borowy znalazł pracę w magazynie w Majsku, oddalonym o 15 km. Pracował i mieszkał tam cały tydzień, miał zapewnione wyżywienie. Wracał na wolną niedzielę z pełnymi warzyw kieszeniami. Starał się zadbać o rodzinę jak tylko mógł.

W lutym 1942 r. nadeszła pomoc z UNRRA. Rodzina otrzymała amerykańskie, wełniane ubrania, puszki wieprzowiny i 5 kg mąki. Z okolicznych kołchozów i aułów przyjeżdżali zmobilizowani Polacy do Polskiego Wojska, organizowanego przez gen. Andersa. Przeprowadzano badania lekarskie i po nich przydzielano do jednostek wojskowych, a także wywożono nad Morze Kaspijskie. Do wojska brano młodych, zdrowych chłopców i mężczyzn, a także samotne kobiety (żony byłych oficerów, bezdzietne). Była to szansa na wydostanie się z Rosji. W tym czasie wojska radzieckie cofały się, front był coraz bliżej Kaukazu i Wołgi. Sowieci wywieźli Niemców nadwołżańskich, z Kaukazu przyjechały transporty Czeczeńców i Inguszów.

Generał Anders na skutek obciętych racji żywnościowych dla wojska uzyskał aprobatę sowiecką na przemieszczenie armii do Iraku. Po drugim etapie wyjazd przerwano, tym samym zgasły nadzieje na wydostanie się. NKWD zaczęło wzywać Polaków w celu podpisania obywatelstwa radzieckiego i otrzymywania paszportów radzieckich. Nikt takiego zaświadczenia nie podpisał. Karą za to było osadzenie w areszcie.

W marcu 1943 r. powołano Związek Patriotów Polskich, który po zakończeniu wojny miał zająć się repatriacją do Polski. Organizacja ta udostępniła ludności małe pomieszczenie w kinoteatrze wiejskim, gdzie prowadzono "Kącik kultury polskiej". Czytano polskie książki, śpiewano, grano na instrumentach. Życie kulturalne wśród Polaków ożywiło się, czego zazdrościli Rosjanie, Niemcy czy Czeczeńcy.

W 1943 r. Jan Borowy został zmobilizowany i wcielony do Wojska Polskiego do Samodzielnej Kompanii Łączności ZDP, która stacjonowałą w Siedlcach. Przeszedł cały szyk bojowy od Lenino do Berlina, zdemobilizowano go 4 września 1945 r. Został ranny i kontuzjowany pod Warszawą. Odznaczono go wieloma medalami i krzyżami, m.in. Polonia Restituta. Był inwalidą wojennym I grupy. Zmarł 7 grudnia 1991 r.

W 1943 r. Helena ukończyła 9 klas szkoły średniej w Siemijarsku. Wybrała się do Barnaułu do Instytutu Pedagogicznego. Nie została jednak tam przyjęta, mimo bardzo dobrych ocen. Polakom umożliwiano tylko studiowanie w szkołach medycznych. Wraz z dwiema koleżankami z Polski znalazła się w Barnaulskiej Felczerskiej Szkole Medycznej, gdzie studiowała do sierpnia 1945 r. Otrzymała bardzo dobre oceny na świadectwie oraz promocję na trzeci rok.

W czasie studiów otrzymywała stypendium w postaci 120 rubli. Zamieszkiwała w internacie. W niedzielę odwiedzała ciotkę w Barnaule, gdzie najadała się do syta. W internacie podawano tylko kapuśniak i rzadki krupnik. Wydawano także kartki na 600 gramów chleba dziennie. W budynku szkolnym nie ogrzewano w ogóle, studenci byli zmuszeni uczyć się w płaszczach i pisać w rękawiczkach. Na przerwach rozgrzewano się maszerując po korytarzu, tupiąc i gimnastykując się. Nikt nie narzekał. Polki zawsze były obserwowane przez komsomolców. Tłumaczono im, że takie warunki muszą być, ponieważ wielikaja otieczestwiennaja wajna? Wysyłano je do różnych prac społecznych, sprzątały w szpitalach, rąbały drzewo na opał. Musiały być wszędzie, nie przyjmowano żadnych usprawiedliwień.

 

Drugi rok w Szkole Medycznej był o wiele gorszy. Helenie nie przyznano internatu, była zmuszona zamieszkać u cioci. Maszerowała do szkoły 4 km, z chustką obwiązaną na głowie, przez którą wdzierał się szron i chłód. Z braku właściwego odżywiania, witamin i ogólnego przemarznięcia, zaatakowały ją wrzody i czyraki. Choroba bardzo ją osłabiła. Z wielkim trudem przebrnęła przez ten rok w szkole. Nie zdecydowała się jednak na ukończenie studiów. Bała się, że to ponad jej siły. Mówiono o rychłej repatriacji do Polski. Wojna skończyła się. Lola powróciła do matki do Siemijarska i rozpoczęła pracę w zagotzierno jako pracownik fizyczny przy suszeniu ziarna.

Ostatnia zima na zesłaniu była również bardzo ciężka. W styczniu został utworzone komisje mieszane do spraw repatriacji. Helena, ponieważ władała biegle językiem polskim i rosyjskim, została wytypowana jako tłumacz dokumentów polskich przy składaniu wniosków o repatriację. Wraz z przedstawicielką delegatury z Pawłodaru i Kazachem - milicjantem, jeździli po kołchozach i aułach do wszystkich mieszkających tam Polaków. Warunkiem do pozytywnego rozpatrzenia wniosku było posiadanie jakiegokolwiek polskiego dokumentu. Liczyły się listy i koperty z adresem z Polski, stare legitymacje lub strony z nazwiskiem, pisane po polsku. Ci Polacy, którzy podali się wcześniej za Białorusinów, wnioski odrzucano w pierwszej kolejności. Wraz z przedstawicielką delegatury polskiej, Helena narażała się, tłumacząc ten sam skrawek dokumentu kilkakrotnie, zmieniając jedynie nazwisko. Groziło za to 5 lat pozbawienia wolności. Mimo wszystko udało im się umożliwić powrót większości Polaków. Te kobiety, które związały się z Rosjanami czy Kazachami, nie mogły wrócić. Takich wyjątków było zaledwie kilka.

Powrót wyglądał prawie tak samo jak przyjazd. Te same prycze, ujścia, pełniące funkcję wc. Nie było tylko eskorty NKWD. Helena wracała w wagonie sanitarnym, podczas podróży powierzono jej funkcję pielęgniarki i sanitariuszki. Na szczęście nie było żadnych poważnych zachorowań. Pociąg zatrzymywał się na większych stacjach, gdzie przedstawiciele Delegatur Polskich dostarczali potrzebne leki, a także jedzenie.

W sobotę po południu pociąg dotarł do Moskwy. Stał tam całą dobę. Osiemnaście osób (w tym Helena i Irena) wraz ze starszym panem - przewodnikiem, wyruszyły, aby zwiedzić miasto. Obejrzeli parki, muzea, stacje metra. Wyruszyli także na Plac Czerwony, gdzie wysłuchali bicia zegara z wieży kremlowskiej. Z tego wszystkiego nie zdążyli wrócić na czas - ich pociąg odjechał. W punkcie repatriacyjnym otrzymali pomoc: wydano im bilety na pociąg pośpieszny do Mińska. Dzięki niemu zdążyli dogonić poprzedni transport.

Gniezno było stacją końcową. Tam, w PUR-ze otrzymali jedzenie, a także bezpłatne bilety kolejowe. Dla tych, która nie miała gdzie się podziać, zorganizowano transport na Ziemie Odzyskane w Koszalińskiem i Szczecińskiem. Rodzina Borów udała się do ojca do Biedrzychowic (powiat Lubań Śląski). Helena miała wówczas 19 lat.

Na miejscu udało jej się skończyć kurs pedagogiczny, znalazła pracę w szkole powszechnej. Później, ze względu na problemy zdrowotne, została zmuszona zmienić zawód. Po skończeniu kursu dla księgowych, pracowała w tym zawodzie, aż do odejścia na emeryturę. 14 kwietnia 2005 roku odznaczono ją Krzyżem Zesłańcow Sybiru. Dziś ma 82 lata, należy do Związku Sybiraków (Koło w Zgierzu), gdzie przez 8 lat pełniła funkcję skarbnika. Wiedzie spokojne życie, lecz często wspomnienia z tamtych dni wracają do niej jak bumerang..

Źródło: http://www.miasto.zgierz.pl/traugutt/konk_zapomnienie/hpietrzycka/historia.html